Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwes. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

Od Iwes

Ludzi było coraz więcej. Mimo, że na co dzień jest tu mało ludzi nie przewidziałam, że studenci przyjdą oblewać zdanie egzaminów. Dodatkowo sprawa z tamtym klientem zajęła zbyt dużo czasu. Teraz, pozostawiona samotnie za barem, nie wyrabiałam. Parunastu, może nawet ponad dwudziestu, klientów ustawiło się po drugiej stronie baru i przekrzykując siebie nawzajem, poganiali mnie, a niektórzy z nich składali zamówienia. Z początku, kiedy tłum liczył nie więcej niż pięć osób, udawało mi się opanować nerwy. Teraz byłam w stanie nie najlepszym - nogi jak z galarety, płytki oddech i chęć zwrócenia żołądka razem z zawartością. Całe szczęście, że nawał pracy zmusił mnie do odciągnięcia myśli od “Oni się na mnie gapią!” do “Jak nie wyrobię, szef mnie zabije!”. Mimo to czułam, jak chmara oczu wpatrywała się we mnie. Ich spojrzenia niemal paraliżowały moje ruchy. Ostatnimi resztkami silnej woli powstrzymywałam się od wybiegnięcia z lokalu i schowaniu się w swoim mieszkaniu. Przez mój chaos w umyśle przebijała się tylko jedna myśl - “Joe, gdzie ty do jasnej anielki jesteś?!”
Kątem oka zauważyłam, jak drzwi otwierają się. Przez moment zbladłam, myśląc że to kolejni klienci. Jednak moje wrota zagłady zamknęły się tak szybko, jak otworzyły. Oznaczało to, że weszła tylko jedna osoba. Chwilę później dostrzegłam ciemną czuprynę Vincenta. Dzięki Bogu, wrócił z powrotem! Przez moment miałam wrażenie, że zwiał i mnie z tym sajgonem zostawił. Joe by mnie zabił, że spuściłam go z oka. Jedyna dobra wiadomość w ciągu ostatnich paru minut.
Po chwili chłopak pojawił się już za ladą. Kiedy mnie mijał usłyszałam chłodny, ostry szept:
- Masz trzy minuty. Postaraj się nie pogorszyć sytuacji.
Wzdrygnęłam się, omal nie upuszczając pełnych kufli. Co to było? Tego się nie spodziewałam. Przez połowę czasu, kiedy był tutaj zachowywał się stosunkowo normalnie, a teraz ni z gruszki, ni z pietruszki sprawia wrażenie, jakby chciał rzucać we mnie sztyletami. Mimo że nie wyglądał na typ wzbudzający przerażenie, jego słowa i ton, w którym zostały wypowiedziane, miały w sobie coś, co nie pozwoliło mi tego zbyć. Przypominały wypowiedź władcy-tyrana. Gdyby nie to, że już i tak byłam w stanie krytycznym, zapewne przeraziłby mnie na miejscu. Jednak teraz nie wzbudzały we mnie strachu większego niż wywierał na mnie ten tłum. Przekazały mi jednak coś innego - jeżeli nie wezmę go na serio, może się to źle skończyć.
Przyspieszyłam tempo swoich ruchów, modląc się w duchu, aby nie powtórzyła się sytuacja z tamtym gościem. Jedyne co mi pozostało, aby opanować moją dolegliwość, to nie patrzeć nikomu w oczy i skupić się na pracy. To co nieco pomogło. Mimo to dalej nie wyrabiałam. Studentów przybywało i przybywało. Pozostała mi tylko jedna opcja.
Kiedy Vin zniknął na zapleczu spojrzałam pod blat. Znajdowała się tam mała beczułka z piwem do wymiany i czyste kufle. Skupiłam się, aby wytworzyć koło nich czarną mackę. Po chwili ciemność przybrała wyobrażony przeze mnie kształt. Nie był on wielki ani szczególnie stabilny, ale na tyle dobry, aby napełniać pod ladą kufle. W czasie, kiedy ja nalewałam wódkę, whisky i robiłam różne bardziej wygórowane drinki, macka zajęła się przygotowaniem do podania trunku, który szedł w barze jak woda. Dało to wspaniały jak dla mnie efekt. Już po chwili tłum znacznie się zmniejszył. Zbyt skupiona na pracy i utrzymywaniu kontroli nad mrokiem, nie zauważyłam, jak za moimi plecami przeszedł mój tyran-wybawca. Dopiero po chwili zorientowałam się w sytuacji.
“On stoi tuż przed macką!”
Cień znieruchomiał i w ułamku sekundy rozproszył się. Spojrzałam na chłopaka. Wydaje mi się, że nic nie zauważył. Ten sam skoncentrowany wyraz twarzy, płynne ruchy.
“Jestem bezpieczna? Może naprawdę nic nie zauważył! Albo stwierdził, że mu się wydawało… Albo że to efekt słabego oświetlenia….”
Opcji, które mogły się zdarzyć w ciągu tych dwóch minut, pojawiało się w mojej głowie coraz więcej.
- Czego się tak gapisz? Zaraz znowu zejdzie się tłum! Wracaj do pracy! - ofuknął mnie, jak profesor, który stara się wyrobić u swoich uczniów poczucie obowiązku i dyscypliny w nie do końca bezstresowy sposób.
“Czyli jednak nie zauważył” - pomyślałam w duchu, ze spokojem wracając do obsługi klienteli. Mimo tej niemal uspokajającej myśli, miałam wrażenie, jakby przyglądał się mi. “Głupia! Czemu miałby się tobie przyglądać?! Skoro nic nie zauważył, to niczego nie podejrzewa!”. Niestety, wrażenie bycia gromadą bakterii pod obserwacją naukowców, było znacznie silniejsze od niczym nie popartych zapewnień umysłu. Mimowolnie zerknęłam w jego stronę w momencie, kiedy odpowiadał na coś klientowi, w niezbyt przyjemnym tonie.
Żeś sprawdziła, Iwes. Żeś sprawdziła. No i co robi? Nic szczególnego! Rozmawia z klientem, jedną ręką podaje mu kufel, a drugą… Przenika przez blat!
Moje oczy rozszerzyły się w przerażeniu. On jest taki jak ja! Ale skąd, jak, dlaczego…!
“Nie to jest twoim problemem! Prawdopodobnie cię znaleźli, rozumiesz?! Jeżeli on należy do tej całej organizacji, to już po tobie!”
Mój dopiero co uspokojony oddech ponownie przyśpieszył. Nie wiedziałam kim on jest i czy mam się go obawiać, czy nie! Z jednej strony to niemal niemożliwe, żeby znaleźli mnie właśnie tutaj! Przecież zapewniali mnie, że będę tu bezpieczna! Z drugiej, coś mi w nim mówiło, że nie muszę się go obawiać… Ale kto go tam wie!
Część mnie chciała uciekać - z dala od Mora Soul, z dala od potencjalnego zagrożenia. Druga część wiedziała, że jeżeli to fałszywy alarm, to może stracić prace, dom i spokojne życie. Najrozsądniejsze co mogę zrobić to zachowywać się w miarę zwyczajnie (o ile moje dotychczasowe zachowanie można było oznaczyć mianem “normalnego”) i zniknąć z tego miejsca, kiedy tylko pojawi się Joe lub (w gorszym scenariuszu) skończy się moja zmiana.
Wzięłam głębszy oddech i skupiłam się ponownie na pracy.
Mam nadzieję, że to tylko moja paranoja...

wtorek, 26 stycznia 2016

Od Iwes

- O, już jest - Powiedział niespodziewanie Joe.
Chwila, chwila! Już?! Tak szybko?! Ja się jeszcze nie przygotowałam psychicznie! - mój mózg pracował na najwyższych obrotach, kiedy za oknem młody chłopaka zbliżał się do drzwi lokalu. - Ej, ej! Nie przesadzaj! Nie będzie tak źle! On nie jest do końca taki obcy. To kumpel twojego kumpla! Sam swój! Po prostu zachowuj się normalnie - czyli nie jak ty, tylko miło i uprzejmie. Będzie dobrze!
Szlag… Ręce mi się trzęsły niemiłosiernie. Niemal rozlałam świeżo nalane piwo. Moje serce przyspieszyło, jakby swoim biciem miało zasilać elektrownię, a w uszach rozległ się nieznośny i przyprawiający o ból głowy szum. Do klientów udało mi się jakoś przyzwyczaić, ale to była inna kompletnie inna sytuacja!
Spojrzałam na Joego. Ten z kolei był zachwycony. W czasie paru sekund znalazł się przy drzwiach. Nie słyszałam co do niego mówił. Widziałam, jak usta mojego kolegi poruszają się z szybkością małego wiatraczka. Obserwowałam ich jednocześnie starając się zapanować nad drżeniem rąk i skurczami w łydkach.
Spokojnie! Dasz radę. To tylko jedna osoba, ba! Jeszcze dzieciak! - Próbowałam sobie dodać otuchy -  Będzie dobrze! Tylko pamiętaj - miło i uprzejmie.
Chłopcy podeszli do mnie.
- To jest Iwes Nash - Przedstawił mnie Joe. Po chwili zwrócił się do mnie z uśmiechem - Iwes to mój uciążliwy znajomy z liceum Vincent.. Jak ci tam było? - zażartował.
Vin najwyraźniej nie docenił tego żartu, bo tylko krzywo spojrzał na mojego przyjaciela.
No przedstaw się! Pamiętaj motto - miło i uprzejmie, miło i uprzejmie! Miło i uprze… 
- Jestem Vincent Vels. Miło mi ciebie poznać - w tym momencie się włączyłam. Choroba… Jak mam się przedstawić?! Normalnie się uśmiechnąć? Powiedzieć całe imię, czy tylko “Miło mi”? Wyciągnąć do niego rękę czy nie? Zażartować? A jak żart nie trafi? Kiedy mój umysł zalała lawina pytań, chłopak kontynuował. - I podziwiam ciebie za to, że wytrzymałaś z jego gadaniem na jednej zmianie i nie zwariowałaś.
Bez zastanowienia otworzyłam usta, aby coś powiedzieć. Dopiero kiedy rozdziawiłam szczękę, zorientowałam się, że nie wiem co powiedzieć. Na szczęście z pomocą przybył mi Joe, który znowu zaczął ponownie droczyć się z młodym.
- W każdym razie muszę iść - powiedział, po czym zwrócił się do mnie -  Iwes liczę na ciebie, a ty Vin nie narób kłopotów.
Czy ja widziałam w jego spojrzeniu zmartwienie? Przecież bardzo dobrze sobie ra… Dobra, w ogóle sobie nie radzę. Mój współpracownik niemal wybiegł z baru zostawiając mnie samą z “nowym znajomym”.
Przeniosłam spojrzenie na Vina, który zdążył się już usadowić na stołku. Powinnam coś do niego powiedzieć…
Dajesz Iwes! Będzie dobrze! Tylko pewnie! Jedno pewne zdanie, bez zacięcia, bez jąkania, bez powtarzania! Dasz ra… 
- -ię czegoś...?
No i klapa.
Jak można było przewidzieć, chłopak nie zrozumiał o co mi chodziło. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
Dajesz! Masz drugą szanse, tylko nie zaprzepaść jej! Wiesz co chcesz powiedzieć. Teraz tylko zrób to wyraźnie i głośno! 
- -apijesz się czegoś…?
Kolejny raz zawaliłam… Dlaczego zabrzmiało to jak burknięcie?! Miało być miło i uprzejmie… No i mantra poszła się bujać.
- Hmmm.. Woda nie byłaby taka zła.
Przynajmniej tyle tego dobrego, że mnie zrozumiał. Kiwnęłam tylko głową. Może lepiej, żebym się nie odzywała…
Nim wyciągnęłam spod lady szklankę, parę razy zacisnęłam i rozluźniłam pięści. Czasami to pomagało w uspokojeniu drżenia rąk. Podeszłam do lodówki i wyjęłam wodę.
- Proszę… - powiedziałam stawiając przed nim napełnioną szklankę. Niestety muzyka i gwar zagłuszyła moje słowa. Nie wiem czy je dosłyszał czy nie, jednak odpowiedział z uśmiechem podziękowanie.
 Pierwszy raz ucieszyłam się z klienta, który z drugiego końca lady zaczął wrzeszczeć, co chce zamówić. Nieco szybciej niż zamierzałam, odeszłam od chłopaka. Zostawiłam młodego razem z tą niezręczną atmosferą i zaczęłam się zajmować gośćmi klubu.
Starałam się wrócić do właściwego mechanizmu - zapytać, przygotować zamówienie, podać, przyjąć zapłatę, przejść do następnego klienta. Niestety, czułam się niezręcznie ze świadomością, że ktoś może mnie obserwować. Nie chodzi mi tutaj o klientów - ich potrafiłam ignorować. Co jakiś czas rzucałam okiem na Vina. Ten z kolei przyglądał się ludziom na sali. Ilekroć na niego spojrzałam jego wzrok skierowany był to w jedną, to w drugą stronę. Aż tak się nudził, czy obserwowanie innych było jednym z jego hobby?
Nagle jego spojrzenie przeniosło się na mnie. Czemu mi się przygląda?! I po co?! Moje dopiero co uspokojone ręce ponownie zaczęły się trząść. Starałam się nie patrzeć na niego. Może jak zauważy, że go ignoruję to ponownie zainteresuje się tłumem. Szum w moich uszach robił się coraz bardziej nieznośny. Tym razem doszedł jeszcze potworny ból żołądka.
Niech już pójdzie, błagam! Albo niech wróci Joe!
Starając się ukryć przerażenie, spojrzałam ponownie na chłopaka. Jego wzrok był skierowany dokładnie na mnie.
Zakręciło mi się w głowie. Jedną ręką złapałam się gwałtownie lady, jednak nie skoordynowałam ruchów i świeżo nalane piwo wylądowało na jakimś mężczyźnie siedzącym przede mną.
- Co do…?!?! - wrzasnął zaskoczony - Co to ma być?!
Boże, dlaczego mi to robisz?!
Facet wyglądał jakby miał zaraz eksplodować. Jego twarz przyozdobiona bliznami po ospie i haczykowatym nosem stała się w ułamku sekundy niemal purpurowa ze złości, a na czole pokazała się mała, napięta żyła.
- Przepraszam! - pisnęłam przerażona.
Co ja mam teraz zrobić?! Jak zareagować, co powiedzieć?!  - moje serce sprawiało wrażenie, jakby miało zaraz wyskoczyć mi z piersi. Treść żołądkowa niemal podeszła mi do gardła, a w płucach brakło mi powietrza. Miałam wrażenie, jakby to co się dzieje w okół mnie nie było rzeczywistością, a czymś o wiele gorszym. Place u rąk mi zdrętwiały. Cofnęłam się dwa kroki i podparłam ściany, aby nie upaść. Cały świat wirował.
- Bardzo przepraszam, szanownego klienta.
Vincent pojawił się nie wiadomo skąd. Odgrodził rozwścieczonego mężczyznę ode mnie, a zebrany tłum zwrócił swoją uwagę na niego. Następnie odwrócił się w moją stronę i zaczął spokojnym tonem coś do mnie mówić. Wszystko było jednym wielkim koszmarem, a Vin zdawał się być szansą na wybudzenie się z niego.
- Zajmę się nim.
Kiwnęłam głową i spróbowałam się uspokoić. Zamknęłam oczy i skupiłam się na oddechu. Głęboki wdech. Wydech. Prosto z przepony. Wdech i wydech. Kiedy tylko uspokoiłam serce, zaczęłam napinać i rozluźniać dygocące mięśnie. Świadomość obserwującego mnie tłumu nie pomagała mi. Kiedy opanowałam drżenie rąk, podniosłam powieki. Kilkanaście par oczu wciąż wlepiała we mnie wzrok. Gdyby nie ściana za moimi plecami, zapewne bym upadła. Zacisnęłam powieki i po paru minutach dałam radę wrócić do pracy. Szybko obsłużyłam klientów czekających przy ladzie, mimo że myślami byłam kompletnie gdzie indziej. Kiedy przyszedł Vin, tłum nieco się zmniejszył. Na jego widok ponownie pojawiła mi się gula w gardle. Powinnam coś mu powiedzieć, podziękować. Zamiast tego nalałam dwa piwa i postawiłam je przed chłopakiem. Pokazałam brodą w stronę awanturnika i jego znajomego. Vin uśmiechnął się i pokiwał głową. Młody całe szczęście zrozumiał o co chodzi i zaraz poszedł zanieść wynagrodzenie klientowi.
I kto tu kogo powinien pilnować…

piątek, 22 stycznia 2016

Od Iwes

Kiedy wyszłam z klatki, słońce złośliwie zaatakowało moje oczy. Przymknęłam powieki i nie czekając, aż mój narząd wzroku przyzwyczai się do oświetlenia, ruszyłam w stronę głównej ulicy. Gdyby nie choroba nowej, nie musiałabym iść na pierwszą zmianę. Tyle z tego dobrego, że w Purple Oyster o tej godzinie nie ma zbyt wielu ludzi. Mogłam się modlić jedynie o to, aby w tym samym czasie był ze mną Joe. Chłopak swoim gadulstwem przejmował wszystkie rozmowy z mniej i bardziej pijanymi klientami na siebie, a ja miałam święty spokój. Nie musiałam bać się co odpowiedzieć na dziwne pytania podchmielonych studentów czy anegdoty z życia pesymistycznych biznesmenów. Przynajmniej pod tym względem praca stała się mniej stresująca - ciągle pozostaje kwestia kontaktów ze współpracownikami, których większość dziwnym trafem znika po jakimś czasie pracy. Pojawiają się ciągle nowe twarze, a ciężkie schematy zaznajamiania się pozostają te same.
    Westchnęłam i wsiadłam do autobusu pełnego ludzi. Wcisnęłam się w najciemniejszy kąt, z dala od tłumu, jednak blisko drzwi. Przed sobą miałam grupę głośnych licealistek, dwie kobiety plotkujące ze sobą oraz mężczyznę w garniturze, rozmawiającego przez telefon. Z jednej strony zazdrościłam im. Nie mieli tego co ja - skrępowania przed obcymi; guli w gardle, pojawiającej się w tym samym czasie, co nieznajomy skory do rozmowy; trzęsących się rąk, kiedy do załatwienia czegoś potrzebna jest pomoc drugiej osoby. Byli swobodni. “Ogarnij się w końcu! - skarciłam się w myślach - To już jest fobia społeczna! To się leczy! Najpierw zakończ ten głupi podział na “Ja” i “Oni””!
    Jakby chcąc odpędzić te irytujące myśli, potrząsnęłam głową. Rozmyślanie nad tym nic mi nie da. Po prostu przeżyję ten dzień jak wszystkie wcześniejsze! Nagle autobus mocno zahamował. Nie zdążyłam złapać równowagi i wpadłam na kogoś. Nim moja “ofiara” zdążyła zareagować, ja szybkim krokiem, niemal że biegiem, opuściłam pojazd. Nie zwalniając tempa wpadłam do baru.
    “Znowu uciekłaś! Czy to takie trudne wykrztusić jedno, głupie “”Przepraszam“?!” Zacisnęłam zęby, aby nie wytknąć sobie tego na głos. Ruszyłam na zaplecze. Całe szczęście przy barze stał Joe. Oznaczało to jedno - mimo jednej wtopy, ten dzień może nie być aż taki tragiczny. Szybko się przebrałam i dołączyłam do niego za blatem.
- Iw! Jak ja się cieszę, że cię widzę! - wrzasnął, gdy tylko stanęłam koło niego. - Czy mogłabyś coś dla mnie zrobić?
- Też się cieszę i tak, mogę o ile nie będzie to związane z relacjami międzyludzkimi.
W tym momencie chłopak się zawahał. Uśmiechnął się krzywo i powiedział:
- No nie do końca… To znaczy… Chciałbym, żebyś popilnowała dla mnie jednej osoby. - wyrzucił z siebie szybko, po czym dodał. - Ale nie musisz z nim nawet rozmawiać! Wystarczy, że przypilnujesz, żeby nie wpadł w żadne kłopoty.
- Jak chcesz żebym powstrzymała kogoś przed tarapatami, bez rozmawiania z nim? Mam działać jak ninja z cienia?!
- No, jeżeli tak potrafisz to nie ma problemu. - roześmiał się - No proszę! Ten jeden raz! Ja muszę koło trzynastej na moment wyjść. On sobie tu grzecznie posiedzi i postara się… to znaczy, nie zrobi nic głupiego! No weź! Przecież cię nie pogryzie!
Przyjrzałam się mu uważnie. Nigdy na niczym nie zależało mu aż tak bardzo. W sumie Joe wielokrotnie mi pomagał - z natrętnymi klientami, ze współpracownikami. Chciałabym się mu  odwdzięczyć, nawet jeśli ma się to równać z… rozmową…
Westchnęłam.
- No dobrze, zgadzam się, o ile był szczepiony na wściekliznę i przyjdzie w kagańcu. Muszę mieć pewność, że mnie nie pogryzie.
Joe wyglądał przez moment, jak dziecko, któremu dano wielką tabliczkę czekolady. Oczy zabłysnęły mu radośnie, a jego usta wygięły się w ogromnym uśmiechu.
- Dziękuję! Masz u mnie duże piwo! A właśnie, chłopak nazywa się Vincent i powinien przyjść, jak jeszcze będę, więc nie będziesz miała problemu z rozpoznaniem go.
Kiwnęłam tylko głową i zabrałam się za wycieranie kufli.

Iwes Nash - KP


Imię: Iwes

Nazwisko: Nash

Płeć: Kobieta

Wiek: 23

Przynależność: Chwilowo neutralna

Szkoła/praca: Barmanka w klubie

Charakter: Jest bardzo nieśmiała w stosunku do kogoś kogo nie zna. Nie potrafi rozmawiać z obcymi, co nie ułatwia jej kontaktów w pracy. Strasznie się denerwuje, kiedy ma komuś nieznajomemu odpowiedzieć na jakieś pytanie czy zapytać się go o coś. Często w pracy woli milczeć, ponieważ boi się palnąć coś głupiego. Dlatego wiele osób odbiera ją jako osobę oschłą. Jednak w stosunku do kogoś z kim już kiedyś zamieniła więcej niż pięć zdań zachowuje się kompletnie inaczej. Normalnie rozmawia, żartuje, często stara się innych rozśmieszyć. Czasem może być sarkastyczna, ale nie boi się wyrazić swojego zdania. Nie lubi przebywać w grupie.

Aparycja: Chuda, niska dziewczyna. Ma czarne włosy i zielone oczy, które podczas używania zdolności zmieniają swoją barwę na czerwoną. Unika słońca, dlatego jej skóra jest bardzo blada. Ubiera się w to co ma pod ręką. Nigdy nie nosi sukienek ani spódnic.

Moc: Potrafi materializować mrok i nadawać mu dowolną formę. Niestety nie bardzo panuje na swoją mocą.

Rodzina: Jest jedynaczką, ma jedynie ojca oraz mocno nadopiekuńczą matkę.

Historia: Jako, że nie ma rodzeństwa była oczkiem w głowie całej rodziny. Wielka była rozpacz jej rodziców, kiedy okazało się, że Iwes posiada niezwykłe moce. To nie tak, że bali się tego czy uważali za coś złego. Oni po prostu się obawiali, że dziewczynka zrobi sobie krzywdę zanim opanuje swoje zdolności. Dlatego znaleźli inną osobę obdarzoną podobnym darem, która przelała część swoich mocy w mały medalik. Był to jeden z członków organizacji. Powiedział, że może im pomóc, ale pod warunkiem, ze kiedy zdolności Iwes się już ujawnią, dziewczyna dołączy do organizacji. Jej rodzice zgodzili się. Od tamtego momentu moc dziewczyny była zablokowana. O swoich zdolnościach nic nie wiedziała do czasu, kiedy poszła do liceum. Pewnego dnia, kiedy wracała ze szkoły, przechodziła przez pewien skrót przez las. Zahaczyła łańcuchem medalika o gałąź. Wtedy poczuła, że coś się dziwnego dzieje. To był jej pierwszy kontakt z mocą od wielu lat. Nie umiała nad nią panować. Była przerażona swoimi zdolnościami. Przez wiele dni była na granicy między użytkownikiem, a ghulem. Na szczęście, dzięki pomocy rodziców udało jej się pogodzić ze swoją mocą i ustabilizować emocjonalnie. Wkrótce potem do jej wioski przybyli wysłannicy organizacji. Kiedy przyszli po nią, niestety natknęli się na buntowników i rozpoczęła się walka. Iwes przez przypadek wpadła na nich i nie wiedząc co się dzieje opowiedziała się po stronie buntowników. Mimo, że nie udało się pokonać wysłanników, razem z buntownikami zdołała uciec. Z kolei tamci odesłali ją do Mora Soul, mówiąc, że tam będzie najbezpieczniejsza, ponieważ jest to ostatnie miejsce w którym by jej szukali.

Miejsce zamieszkania: Mała, zabałaganiona i przede wszystkim tania kawalerka w jednej z biedniejszych dzielnic.

Kontakt: Skype – werka0909
mail – harpia9843@gmail.com